Pomagaj z Szymonem!

Pomagaj z Szymonem!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 stycznia 2015

Okno w okno.

W szpitalu, w którym rodziłam okna z oddziału położniczego wychodzą na drugie skrzydło szpitala gdzie mieści się onkologia.
Przez cały swój pobyt mogłam obserwować część życia pacjentów onkologicznych. 
Ten obojętny wyraz twarzy, malujące się na nich oczekiwanie i zrezygnowanie. 
To było tak mocne doznanie w kontraście tego co ja i inne pacjentki połogu przeżywały- radość z nowego życia, wzruszenie, czasem bezsilność gdy dziecko mocno płakało. 
Czasem myślenie o ludziach z tamtego oddziału było tak dojmujące, że człowiek łapał doła. Dlatego starałam się nie myśleć (chociaż ciężko to przychodziło bo na tym oddziale ponad dekadę wcześniej leżał brat Męża, którego nie znałam i nie poznam już nigdy...).
Miałam (niestety tylko 3 dni, dla niej stety bo wyszła do domu ale dla mnie już nikogo nie dołożyli na salę) towarzyszkę, super dziewczynę. Ona i jej mąż są bardzo wierzący, chodzą na spotkania charyzmatyczne etc. Pierwszą noc (ona rodziła w tym samym dniu co ja) przegadałyśmy. Calutką. Zaczęło się jak zwykle- od zwykłej rozmowy o niczym a zeszłyśmy na tematy religijne. Potem ona wyszła do domu a ja zostałam samiusieńka na sali i miałam czas na myślenie. 
Jakiś czas temu pewna pani krawcowa, teraz dobra znajoma mojej mamy, zaczęła się wgłębiać w religię (musiała czymś zając ręce i myśli bo rzucała palenie) i dużo rzeczy opowiadała mi i mojej mamie przy okazji robienia nam przeróbek. Teraz ta dziewczyna i te bliskie sąsiedztwo oddziału onkologicznego otworzyły mi jeszcze bardziej umysł i serce na Boga. Byłam wcześniej wierząca owszem, chodziłam do kościoła co niedzielę, ale to nie było to. 
Teraz dostrzegam Boga wszędzie. Już nie jest On tylko w kościele, nie jest obecny tylko podczas modlitwy ale jest obok cały czas. Bóg jest w moim Mężu, w moich cudownych dzieciach (nawet gdy płaczą), w drzewach, kwiatach, drobnych radościach i smutkach. Gdy przychodzi trudny czas (jak wtedy gdy musiałam leżeć tydzień w szpitalu po porodzie) zadaję sobie jedno pytanie: czego to mnie ma nauczyć. I wiem, że Bóg nie ześle na mnie nic, z czym nie dałabym sobie rady.
Przed porodem martwiłam się jak Mąż da sobie radę z Synem (zwłaszcza, że Młody nie chce ojca słuchać, kapać musiałam ja, karmić/ ubierać/wpinać w fotelik etc. musiałam ja, Syn potrafił wystawić język dla Męża gdy nie chciał jego obecności na co Mąż wkurzał się strasznie). Podczas przedłużającego się pobytu w szpitalu okazało się, że ani raz się te moje chłopy nie pokłóciły, dogadywali się super, bawili się razem (Mąż wcześniej rzadko się bawił z Synem). Teraz już wiem, że ja musiałam się nauczyć cierpliwości (oj ciężko było, ciężko...) i większego zaufania do Męża (wiedziałam, że dobrze zajmie się Synem jednak martwiłam się o to, żeby się nie kłócili i nie krzyczeli na siebie) a Mąż cierpliwości i zrozumienia dla rozbrykanego trzylatka. A trzylatek czego się nauczył? Że z tatą tez jest fajnie i tata potrafi dokładnie wszystko to samo co mama. 
Zawierzenie Bogu jest fajne bo ściąga ze mnie strach o jutro. Bo wiem, że cokolwiek by nie było On nam pomoże poprzez dobrych ludzi, wspaniałych rodziców. Kiedyś łapały czasem mnie lęki o przyszłość, jak sobie damy radę z jedną wypłatą a teraz? Tego już nie ma, a jeśli się pojawia to na chwilę i zaraz ucieka. 
Dzięki mojej towarzyszce poznałam ciekawą stronę ojca dominikanina, na której codziennie z okazji Adwentu zamieszczane są wykłady tegoż ojca. Może bardziej rozmowa niż wykład. Ksiądz ten wybiera codziennie cytat z Pisma Świętego i go interpretuje, opowiada o nim, odnosi do współczesnego życia. Tak zwyczajnie, prostym językiem , szczery aż do bólu. Warto posłuchać tych Plastrów Miodu (tak się nazywa owo słuchowisko), ja nie jestem na bieżąco niestety, mam sporo tyłów w słuchaniu ze względu na dzieci ale z czasem mam nadzieję nadrobić. 


Macie ochotę posłuchać? 
www.langustanapalmie.pl
Ksiądz jest również na FB, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę Langusta na palmie.

czwartek, 17 lipca 2014

To moje dziecko i moje wychowanie.

Droga Pani, Drogi Panie!

Uprzejmie dziękuję za Wasze światłe rady dotyczące wychowania i decydowania o MOIM dziecku.
Niestety tak się składa, że za Waszych czasów dzieci wychowywano (a raczej hodowano jak to się mówi w moich kręgach, na co zżyma się moja Babcia Krakowska) inaczej niż teraz. Nie mnie oceniać czy lepiej czy gorzej, po prostu inaczej. 
Dziękuję także za straszenie mojego dziecka w sytuacji gdy mnie nie chce słuchać, że zabierze do Baba Jaga.
Dziękuję za zwracanie uwagi mojemu dziecku, gdy robi Państwa zdaniem, coś niewłaściwego zamiast zwrócić się do mnie.
Dziękuję za troskę z jaką komentują Państwo moje stanowcze podziękowanie za częstowanie słodyczami.

Przepraszam, że nie stosuję się do tych rad i uprzejmie informuję, że:
- dziecko ma prawo mieć inne zdanie od mojego i moja (a nie Państwa) w tym głowa by nakłonić moje (w 90% przypadków układne) dziecko do posłuszeństwa, nie klapsem, krzykiem i straszeniem ale kompromisem i czasem drobnym przekupstwem
- moje dziecko będzie robiło wszystko na co ma ochotę i do granic, które wyznaczam JA a nie obca osoba, jeśli ma ochotę wcisnąć guzik w windzie to go wciśnie bo mu pozwalam, jeśli ma ochotę wykąpać się w fontannie a ja nie widzę kłopotu to się w niej wykąpie, jeśli chce wymazać się lodami/taplać w błocie w sandałach/jeść z psem z jednej miski to tak zrobi o ile JA nie powiem nie. Jednocześnie gwarantuję, że uczę mojego dziecka zasad społecznych i zachowań społecznie akceptowalnych (czyli m.in. nie używania wulgaryzmów, dbania o mienie publiczne, nie malowania po przystankach, nie śmiecenia).
- uczę mojego Syna nie przyjmowania prezentów od obcych (tym bardziej jedzenia, słodyczy) nawet za cenę wrzasku i protestu. Stać mnie by dziecko jadło słodycze w ilościach hurtowych ale to JA decyduję kiedy i ile może ich zjeść. To, że odmawiam poczęstunku od kompletnie obcych osób jest inwestycją w bezpieczną przyszłość mojego dziecka więc proszę nie INGERUJ w to i nie komentuj.

Proszę mi wierzyć to ja urodziłam i codziennie przebywam ze swoim dzieckiem i to ja znam najlepiej jego potrzeby i zachowania. W wychowaniu Syna kieruję się sercem, intuicją i fachowymi radami psychologów. Często nawet do rad Mamy i Teściowej się nie stosuję bo mam inne zdanie lub kłóci się to z moimi przekonaniami. Jestem świadoma tego, że popełniam błędy ale to są moje błędy i moje dziecko i to my będziemy musieli z tym żyć. 
Jednocześnie zapewniam, że nie wystawiam mojego dziecka na ekstremalne sytuacje zagrażające jego zdrowiu lub życiu bo mam swój rozum i pomimo młodego wieku jestem odpowiedzialna. To, że pozwalam dwulatkowi na zdobycie wysokich drabinek na placu zabaw (w mojej dyskretnej asyście) nie świadczy o mojej głupocie i niekompetencji tylko o chęci pozwolenia dziecku na zmierzenie się z jego lękami i słabościami oraz nauczenia dziecko rozwagi, pokonywania trudności i pokazania mu, że jestem obok gotowa do pomocy.
Codziennie uczę się bycia lepszą matką i Wasze rady nijak się mają do moich ambicji i przekonań.
Moje dziecko ma prawo płakać gdy jest zmęczone i domagać się pewnych rzeczy krzykiem bo jest dzieckiem a Wam nic do tego. Zawsze macie wybór- możecie stanąć dalej by Wam krzyk nie przeszkadzał. Moje dziecko ma prawo biegać i rozmawiać bo jest ciekawe świata a moim zadaniem jest mu ten świat pokazać i objaśnić więc proszę o nie komentowanie "ale to dziecko ciekawskie, niegrzeczne, rozpuszczone" bo ciekawe jakimi Wy byliście dziećmi i jak swoje dzieci wychowywaliście.
 

I tak na koniec tego listu/apelu dodam: mieliście szansę wychować swoje dzieci więc teraz nie wtrącajcie się w wychowanie cudzych. 
Reagujcie gdy dzieje się krzywda dziecku ale nie obgadujcie gdy rodzic wynosi rozhisteryzowane dziecko ze sklepu lub pozwala dziecku się wypłakać w nim.
Dzięki temu wszystkim: Wam, Rodzicom i Dzieciom będzie żyło się lepiej i bez stresu.
Z poważaniem
Matka 

PS. Skoro Wy czujecie się w obowiązku zwrócenia uwagi mojemu dziecku lub mnie tak ja czuję się w obowiązku obrony siebie i Syna nawet kosztem obrazy (kulturalnej) Waszej osoby.

PS. post powstał w wyniku inspiracji prawdziwymi wydarzeniami, które wydarzyły się w przeciągu dwóch dni. Wcześniej takie sytuacje się nie zdarzały.

wtorek, 22 października 2013

Odstawienie od piersi



Od początku października T. jest bez piersi w dzień.
Myślimy z Mężem o drugim dzieciątku dlatego wolę najpierw spokojnie małego odstawić a potem trochę się zregenerować i wtedy się starać.
 Pierwszy dzień przed drzemką był koszmarny. Najpierw poczytaliśmy, potem się poprzytulaliśmy aż w końcu włożyłam go do łóżeczka  i się zaczęło. Nie płakał on wył...cichutko do poduszki a mi po 5min łzy w oczach stanęły, serce drżało...i już już miałam się złamać, ale pomyślałam, że muszę być konsekwentna. Trzymałam Małego za rękę, głaskałam w tle kołysanki i po pół godziny usnął.
Za to wieczorem po kąpieli (tak jak było obiecane) dostał cyca to dopadł, tak szybko ssał, że szybciej niż zazwyczaj, najadł się i nie miał siły ciągać :-)
Zostawiłam na razie karmienie wieczorne, nocne i poranne.
Nie chcę go nagle odstawiać. Poza tym nie czuję się na razie na siłach, żeby całkiem go odstawić. Nie ukrywam, że serce boli jak mały prosi o cyca w dzień a ja mu nie daję, na szczęście (tfu tfu) nie dopomina się już za często. Jak chce pierś to najpierw mu tłumaczę jak się umawialiśmy, mówię kiedy dostanie i proponuję mu przytulenie lub wymyślam tysiąc zabaw i zajęć. Dziś nie dał się zająć niczym ale wypił mleko ze szklanki. I tego chyba mu się chciało :-)
Planuję całkowicie zrezygnować z karmienia w okolicach drugich urodzin. Planu i pomysłu na to jeszcze nie mam. I sił. Bo trzeba mieć dużo siły i samozaparcia w odzwyczajaniu dziecka od czegokolwiek (a mając piersi zawsze "pod ręką" jest jeszcze trudniej). Jestem pewna, że gdyby nie pomysł o drugim dziecku długo bym jeszcze karmiła.
Wiem, że można karmić będąc w ciąży i potem dwójkę na raz ale boję się sytuacji gdybym musiała (oby nie!) znaleźć się w szpitalu a Mały zostałby w domu bez mamy i cyca. Byłby sajgon. No i nie wiadomo jak się sytuacja potoczy. Dlatego wolę go zawczasu odstawić niż, żeby potem miał poczucie że to rodzeństwo zabrało mu coś co kocha (czytaj: pierś).

A może Wy macie jakiś plan na odstawienie dziecka?
Zabrać od razu na raz czy może eliminować po kolei karmienia- np. najpierw nocne, potem poranne a na końcu wieczorne?

czwartek, 22 sierpnia 2013

Cieszyć się jak dziecko do utarty tchu

Mój Syn od momentu narodzin (a nawet jeszcze wcześniej) uczy mnie przeróżnych rzeczy.
Dziś przypomniał mi jak można się cieszyć z drobiazgów i śmiać się do rozpuku z dupereli. Synuś cieszył się dzisiaj z m.in. widoku biegnącego psa, spacerowania po trawniku, usiłowania rządzenia psem (Dziecię chciało iść w jedną stronę i psa ciągnęło za smycz a psiur jak to psiur zdanie miał nieco inne :-) ), oglądania kasztanów rosnących na drzewie, spaceru z małą sąsiadką, dzieci w reklamach, powrotu Taty i Babci z pracy i wielu innych rzeczy. Każda z tych sytuacji rozbawiała Małego do łez, mnie na Jego widok też dusiło ze śmiechu :-) On widział, że ja się śmieję i śmiał się jeszcze bardziej :-) Nakręcaliśmy się razem.
Po takiej dawce endorfin idę na piątkowy egzamin na prawko z pozytywnym nastawieniem :-)

Tak tak- nie zdałam za pierwszym razem.
Ale to nic. Teraz liczy się piątek, zbieram siły i do boju! :-)

A na razie cieszę się jak dziecko- aż do utraty tchu :-)

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

5 lat minęło jak jeden dzień...

16 sierpnia było 5-lecie ślubu. Mojego i Męża. Ten czas minął dosłownie jak jeden dzień...bywało różnie- w przeważającej większości dobrze a nawet lepiej choć czasami kłóciliśmy się aż iskry szły. Ale kochamy się i to jest najważniejsze :-)
Ten dzień pamiętam doskonale- było gorąco wręcz upalnie. Dom pełen gości z Krakowa a w tym wszystkim ja, trochę zagubiona, trochę jakby to nie mnie dotyczyło :-) Uroczystość w kościele piękna, nie obyło się bez mojego załamania głosu a potem delikatnego śmiechu gdy Mąż nie dał rady włożyć obrączki na mój palec :-) Goście na weselu bawili się do białego rana, w niedzielę poprawiny :-) Dostaliśmy morze dobrych słów i życzeń na nową drogę życia.
Potem przeprowadziliśmy się do mieszkania wujostwa Męża, którzy mieszkają za granicą. Zaczęliśmy budować dom, ja w międzyczasie pracowałam i studiowałam. I przyszedł pamiętny kwiecień 2012, kiedy zostaliśmy obdarzeni cudownym Darem od Boga. Ten Dar narodził się w styczniu 2013 a nasze uporządkowane życie wywróciło się do góry nogami. A we wrześniu czekała mnie obrona pracy magisterskiej. Ale udało się wszystko to, co zaplanowałam i co chciałam :-) To wszystko nie miałoby miejsca i sensu gdyby nie mój Mąż. On mnie wspierał i pocieszał kiedy było trudno, wierzył we mnie zawsze. Są oczywiście także moi Rodzice (zwłaszcza Tata motywował mnie do nauki, powtarzał, że jestem zdolna i powinnam równać do najlepszych, dzięki niemu skończyłam studia i nieśmiało myślę o doktoracie).
5 lat to szmat czasu. Ja się zmieniłam i mój Mąż się zmienił. Nasza Miłość też się zmieniła- z młodzieńczej i szalonej w bardziej dojrzałą. Najważniejsze, że jest  bo jak jest Miłość to jest wszystko i więcej nic nie trzeba :-)

Jutro czeka mnie kolejny egzamin w życiu- zdaję część praktyczną na prawo jazdy. Już zaczynam się denerwować. Trzymajcie kciuki, proszę :-)

sobota, 3 sierpnia 2013

Aniołki

"Aniołka małego masz Mamo w niebie.
Choć tęsknię naprawdę mocno do Ciebie,
Już nigdy więcej nie będziesz sama,
Pamiętam o Tobie, Mamo kochana.

Aniołek mały na chmurce siedzi,
Patrzy jak bawią się inne dzieci.
On sam nie pływa, nie fruwa, nie skacze,
Bo tam, na dole, jego Mama płacze.

Mamo, już dobrze, nie płacz, kochana.
Jestem tu, blisko Naszego Pana.
On ból Twój ukoi, a mnie przytuli,
Najświętsza Mateczka do snu utuli.

Nie pytaj, Mamo, ciągle:"Dlaczego?".
To tajemnica, nawet dla Niego.
On kocha nas wszystkich, Ciebie i Tatę,
I kiedyś też Was zaprosi, tu do nas, na herbatę.

Nie płacz, już Mamo, zostałaś wybrana,
Na Matkę Anioła, przez Naszego Pana.
On wie, co robi, choć teraz to boli,
Większego nie możesz krzyża nieść, On nie pozwoli".

Ten wiersz znalazłam w komentarzach boga o pewnym chłopcu i już całkiem mnie on rozkleił...
Dziś rano odszedł 4-letni Szymon. Nie był to nikt z rodziny, ba nawet nie znajomy. Podczytywałam bloga o Nim od jakiegoś czasu. Szymek walczył z ciężką chorobą nowotworową...Zresztą, jeśli macie ochotę, poczytajcie sami: http://szymonefler.blogspot.com/
Jestem w stanie pogodzić się z wieloma rzeczami- jednak choroba, ból i śmierć dziecka jest dla mnie niepojęta...wręcz abstrakcyjna...Z tym nigdy, wybacz mi Boże, się nie pogodzę...
Płaczę bo nie umiem przejść obok cierpienia dziecka i jego rodziców obojętnie. Płaczę bo serce mnie boli- boli podwójnie bo jako matka nie potrafię sobie wyobrazić bólu matki, która traci swoje ukochane dzieciątko...
Śpij spokojnie Aniołku!

poniedziałek, 8 lipca 2013

Oddać swoje dziecko?

Do napisania notki zainspirowały mnie komentarze pod pewnym postem na tymże blogu: http://niedlaidiotow.blog.pl/archiwa/718 Niektóre mną zatrzęsły z nerwów...dosłownie. 

W tekście pojawia się chwilowe wahanie matki, która w kilka dni po porodzie dowiedziała się, że jej syn ma zespół Downa- chciała go oddać jednak mąż ją przekonał, że to przecież ich synek- wyczekany, ukochany. Teraz są szczęśliwi jako rodzina, jest im ciężko (syn potrzebuje m.in. drogich aparatów słuchowych) ale się kochają. 

Jedna pani napisała, że matka miała rację i powinna była go oddać. Tu już był szczyt moich nerwów.
Oddać? Jak można oddać swoje dziecko, na które się czekało 9 miesięcy? Oddać i potem co? Wyrzucić wyniki usg, spalić kartę ciąży i zmienić ginekologa bo tamten wiedział o ciąży? Zapomnieć o tym cudzie, które się powołało (przecież nie ono decydowało!) na świat? Wyrzucić z pamięci mdłości, zaokrąglający się brzuszek, pierwsze kopniaki maleństwa? Wyrzucić i żyć dalej jakby nigdy nic takiego się nie wydarzyło? Że się nigdy w ciąży nie było i że się nie rodziło? Ja nie potrafię zapomnieć o tych (nie zawsze) pięknych chwilach. Odkąd mam dziecko każde nieszczęście innego dziecka jest dla mnie bolesne i trudne. Każde nieszczęście rodziców dziecka, którego spotkał zły los jest mi bliski i drogi (pomimo, że mój syn jest zdrowy). Po prostu wiem jak to jest czuć pod swoim sercem małą istotkę, czuć ruchy w łonie, potem móc ją urodzić i przytulić. I wiem jak ogromny strach towarzyszy rodzicom podczas każdej choroby, nawet banalnego kataru. Pamiętam mój ból i żal gdy jedna koleżanka poroniła, potem gdy drugiej zmarło dziecko trzy tygodnie po porodzie. Czułam się jakby mnie to dotknęło, jakby to była moja osobista tragedia. To mną wstrząsało a co dopiero mówić o oddaniu SWOJEGO dziecka w obce (nie zawsze dobre) ręce. Oddać tylko dlatego, że jedyną jego "winą" jest choroba. Moralnym obowiązkiem każdego człowieka, który powołuje na świat nowe życie, jest ochrona dziecka, zapewnienie mu domu pełnego miłości i zrozumienia, zaspokajanie jego potrzeb i wychowanie go pomimo jego wad i ułomności. Nawet jeśli mielibyśmy opiekować się nim do śmierci.
Oddać jak szczenię lub kocię by móc używać życia do woli i nie mieć na głowie "ciężaru" i nie musieć się martwić o jutro? Ja nie mogę, wysiadam...


Z góry zastrzegam, że wiem, że różnie w życiu bywa. Że kogoś nie stać na wychowanie być może już kolejnego dziecka. Że może sam sobie w życiu nie radzi a chce, żeby jego dziecko miało lepszy start niż on. Ja to wszystko jestem w stanie zrozumieć, ale jednej pary studentów z programu telewizyjnej Dwójki "Kochaj mnie" (nadawany był przeszło 10 lat temu, ale akurat ta historia szczególnie zapadła mi w pamięć) do tej pory nie jestem w stanie. Chłopiec urodził się z wodogłowiem więc jego "rodzice", głusi na tłumaczenia lekarzy i pielęgniarek, że z tym da się żyć stwierdzili, że TAKIE dziecko nie pasuje do ich stylu życia (bo jest brzydki i w ogóle) i postanowili zostawić synka w szpitalu. Nie wiem jak ta historia się skończyła, mam nadzieję, że chłopiec znalazł swoich kochających rodziców a studenciaki więcej dzieci nie mieli. A jeśli mieli to mam cichą nadzieję, że los im odpłaci pięknym za nadobne (może ich na stare lata dzieci zostawią w domu starców i zapomną o nich?). 

Bo dobro i zło jest jak bumerang- zawsze powraca.

piątek, 31 maja 2013

Dzień Matki- dzień szczególny?

Za nami kolejny Dzień Matki. Dla mnie szczególny bo to nie tylko dzień Mojej Mamy ale też Mój Dzień. Zawsze marzyłam i myślałam o tym jak będę się czuła w tym dniu mając dzieci. Teraz już wiem :-) Wyjątkowo :-) Co prawda moje dziecko jeszcze samo laurki nie zrobi ani kwiatka nie przyniesie ale jego uśmiech od samego rana wystarczył mi za cały bukiet kwiatów. Do tego nieporadne kroczki, wyciągnięte rączki i ze słowem "mama" na ustach sprawiały, że byłam wyżej niż w przysłowiowym siódmym niebie. Odlot totalny :-) Zastanawiam się czym sobie zasłużyłam na taki skarb :-) Codziennie dziękuję Bogu za swojego Synka bo jest naj...czy wszystkie matki są tak zakochane w swoich dzieciach? Nie wiem. Ja jestem i dobrze mi z tym :-) Mam tylko nadzieję, że moja miłość jest Mądrą Miłością, ale to pewnie będzie się dało ocenić dopiero za dobrych kilka lat.
Jutro wielki dzień mojego syna- Dzień Dziecka. Będziemy świętować wspólnymi zabawami, może pójdziemy na lody. Myślę, że to najlepszy prezent dla dziecka zamiast kupować zabawki, o które się potem potykamy bo pobawi się chwilę i zapomni (chyba, że pojawia się konkurent do zabawki w postaci jakiegoś dziecka- wtedy wszystkie zabawki są jego ulubione). Moi Rodzice i Brat też doszli do wniosku, że zabawek ma sporo i kupili zjeżdżalnię ogrodową. Radości i zabawy co nie miara :-)
Co u nas więcej?
a) w końcu Syn nauczył się chodzić SAM bez trzymania. Odpycha rękę jak się chce mu pomóc, wytrwale wstaje po każdym upadku (chciałabym mieć tyle cierpliwości i samozaparcia w dążeniu do celu) i nawet próbuje biegać :-)
b) jutro idziemy na wesele, Młody idzie z nami, pobawi się trochę i odtransportujemy go do Moich Rodziców. Mam nadzieję, że nie wystraszy się obcych ludzi i głośnej muzyki. I, że będzie potem grzecznie spał żebyśmy mogli trochę się pobawić.
c) w przyszłym tygodniu wybieramy się na krótkie wakacje do Krakowa. Czeka nas jazda przez całą Polskę. Martwię się jak Syn zniesie podróż- co prawda chcemy jechać nocą, żeby całą drogę przespał jednak mimo wszystko mam obawy.
d) zaczyna grzmieć i Syn mi się budzi więc muszę kończyć.

Do poczytania!

wtorek, 21 maja 2013

Emocje

Muszę nauczyć się panować nad swoimi emocjami. Tymi negatywnymi. Kiedyś byłam spokojniejsza, mało rzeczy mnie denerwowało. Teraz, przy dziecku, moje nerwy bywają napięte do granic niemożliwości. Czasem pękają a ja krzyczę. Źle mi z tym, wstydzę się, że krzyczę na swoje Dziecko i Męża. Ale czasem już nie mogę i nie daję rady. I zamiast ugryźć się w język to jest awantura.
 Ale wiecie jak to jest- dziecko marudzi cały dzień, nic mu nie pasuje, nic nie można zrobić bo odejdziesz od niego na sekundę i jest lament...ręce opadają, traci się cierpliwość i czasem krzyknę.  Potem jeszcze Mąż zdenerwuje czymś i już całkiem dzień popsuty...

piątek, 26 kwietnia 2013

Cieplo cieplej

Wiosna. 
W końcu zawitała w naszym kraju i w moim sercu.  
Przyroda budzi się do życia, liście na drzewach codziennie większe, ptaszki ćwierkają. Istne szaleństwo :-) 
Z racji pięknej pogody lwią część czasu spędzamy na podwórku. I to nawet nie dlatego, że trzeba i ja nalegam (hartowanie na świeżym powietrzu ważna rzecz) ale Syn się domaga coraz dłuższego pobytu. Sam spacer w wózku nie wystarczy, potem trzeba obejść dom ze trzy razy dokoła (tzn. Bąbel pcha wózek i sobie spaceruje na nóżkach), z pomocą mamy wejść z 5 razy po schodach na taras i z nieskłamanym zachwytem cieszyć się z widoku psich misek (za każdym razem!). Czasem chodzimy na plac zabaw przy szkole, która jest na szczęście całkiem niedaleko. I tu mały daje popisówę swojej zwinności, uporu i niepożytej energii. Wspina się, zjeżdża ze zjeżdżalni, ucieka na raka przede mną :-) Jednym słowem- spalamy kalorie :-) Niestety moja kondycja jest, w porównaniu do Młodego, słabiutka ale Syn pracuje już nad tym :-) 
Kwiatki czekają na zasianie. Może jutro Męża ścignę to popilnuje Młodzieńca a ja poszaleję w ogródku. No nie całkiem poszaleję...podwórko wymaga jeszcze sporo kasy, żeby wyglądało super (wyrównanie terenu, budowa garażu, nawiezienie czarnoziemu) ale gdzieniegdzie kwiatki sadzę coby ładniej wyglądało :-) 
Najważniejsze, że jest wiosna i w końcu ciepło się zrobiło :-) 
Pozdrawiam wiosennie :-)
 

środa, 17 kwietnia 2013

Radość

Dzień minął według naszego stałego harmonogramu. Na szczęście pogoda dopisuje i można dłużej spacerować. Na szczęście bo w domu to chwilami zwariować można, zwłaszcza jak Szkodnik włazi tam gdzie mu nie wolno :-) I robi porządki w szafkach kuchennych, po wybebeszeniu wszystkich półek przenosi się do pokoju i przestawia zabawki, ściąga poduszki z kanapy na podłogę, otwiera szafki i też wszystko wyciąga. Bo mój Syn uważa, że tak ciekawych przedmiotów jak toster, foremki do ciastek i puszki z psim jedzeniem nie można chować w szafkach i zdecydowanie lepiej wyglądają na środku kuchni lub pokoju :-)
No ale ja nie o tym :-)
Przed kąpielą Mały zaczął samodzielnie wstawać bez trzymanki :-) I patrzył czy ja widzę i czy mi to odpowiada :-) Jak tylko zobaczył mój szeroki uśmiech i radość sam się rozchichotał i powtórzył całą operację z 20 razy :-) Potem, ku mojej uciesze, sam zrobił 2 kroki do mnie :-) I z radością powtórzył to kilka razy. Jestem przeszczęsliwa i dumna z mojego Syneczka bo próbował aż mu się udało. Podziwiam jego upór i cierpliwość w zdobywaniu celu :-) Obyśmy my, dorośli, mieli tyle samozaparcia w dążeniu do ustalonych celów.
Wiem, że 15 miesięcy to dość późno jak na pierwszy krok ale widziałam, że się rozwija harmonijnie i niczego nie przyspieszałam. Mój Syn sam zaczął się turlać (już od tego momentu, czyli 5 miesiąca życia, całe mieszkanie było jego:-) ), potem czołgać a raczkować nauczył się dopiero jak miał 11 miesięcy :-) Ja zawsze powtarzam, podobnie jak nasza pediatra, że na wszystko przyjdzie czas i niczego nie da się przyspieszyć ani przeskoczyć. I moja cierpliwość została dziś wynagrodzona :-)
Swoją drogą, dopóki nie zostałam matką, nie wiedziałam, że matka może cieszyć się AŻ TAK z sukcesów (nawet tych najmniejszych) swojego dziecka. I zrozumiałam, że sukcesy dziecka bardziej cieszą niż swoje własne bo od momentu poczęcia to dziecko staje się najważniejsze w życiu. Przynajmniej na kilkanaście lat. Bo czy to, co najczęściej robimy to robimy dla siebie czy z myślą o dziecku? Bo nawet idąc na jakiś kurs lub oddając się pasji robimy to by dziecku było lepiej (w pierwszym przypadku- podnosimy swoje kwalifikacje więc możemy liczyć na profity finansowe, w drugim przypadku- szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko, jak robimy coś dla siebie i jesteśmy zadowolone to dziecko odbiera nasze pozytywne emocje i też ma takie same odczucia :-) ).
Nie powiem, chwilami męczy mnie "siedzenie" w domu (wiemy jakie to jest siedzenie- pranie, prasowanie gotowanie, sprzątanie...) i te frustracje przenoszę nieraz i nie dwa na Syna. Bardzo tego żałuję i pracuję już nad sobą. Jak czuję, że się "duszę" w domu to jadę do mamy na klika dni. Z Synem rzecz jasna, ale babcia lubi bawić się z wnuczkiem więc mogę trochę od niego odpocząć (i od prac domowych też :-)). Szkoda, że do emerytury babci jeszcze taaak daleko i nie może się zająć Bąblem. Właśnie przez te męczące siedzenie w domu poszłam na kurs kadry i płace, w wakacje wybieram się na prawo jazdy. Dzięki moim rodzicom i Mężowi mogę te swoje "fanaberie" realizować (finanse+opieka nad Młodzieńcem), żeby całkiem nie zwariować. Wakacje u mamy, kurs i sukcesy Syna dodają mi skrzydeł. Zwłaszcza te ostatnie dają mi kopa do działania :-)
Z tym miłym akcentem zostawiam Was do następnej notki :-)
Dobranoc :-)