Pomagaj z Szymonem!

Pomagaj z Szymonem!

poniedziałek, 16 lutego 2015

Rozłąka z dziećmi.

Za długo było dobrze.
W niedzielne (8-ego) popołudnie złapał mnie ostry ból w dolnej lewej części pleców. Do tego stopnia, że wymiotowałam i prawie mdlałam.Wezwane pogotowie stwierdziło ostry atak kolki nerkowej, dali mi tylko no-spę bo ponoć przy karmieniu nic innego nie wolno. Niestety po dwóch godzinach ból się wzmógł i trafiłam na SOR z mężem. Z dziećmi została teściowa (dobrze, że ktoś mieszka tak blisko).
Na SORze zeszła nam cała noc (kolejek o dziwo nie było ale bardzo długo trzeba czekać na wyniki).
Po otrzymaniu wszystkich wyników (od krwi poprzez usg, RTG i na końcu tomograf) w poniedziałek rano lekarz chciał mnie zatrzymać na oddziale bo mi kamień utknął. Ja w panice odmówiłam bo co z dziećmi...Syn spał jak wyjeżdżaliśmy, Córce mleka nie naściągałam. Umówiłam się, że przyjdę we wtorek rano. Synowi wytłumaczyłam, Córze mleko załatwiłam (dzięki Bogu Męża siostra i kuzynka karmią więc użyczyły nam swoich zapasów). 
Połowę nocy z poniedziałku na wtorek spędziłam płacząc nad ssącą pierś Córą. Bałam się cholernie ją i syna zostawić. Bałam się, że nie wrócę...taki irracjonalny lęk o los dzieci...rozpacz...
We wtorek z uśmiechem pożegnałam Synka, wyściskałam Malutką i pojechaliśmy...znów łzy w samochodzie...
Uśmiech przez łzy towarzyszył mi cały trzydniowy pobyt. Byłam zazdrosna o to, że teściowa może tulić moje dzieci, nawet o moją mamę, że może się nimi zajmować...Na szczęście miałam trzy towarzyskie panie na sali, z którymi można było porozmawiać. 
Najbardziej się bałam o to, że Córka gdy pozna butelkę (co prawda z moim i zdobycznym mlekiem wystarczyło na tyle by nie musieć dokarmiać jej mm) odrzuci pierś a moja laktacja się zmniejszy bo laktator nie pobudzi tak jak ssące dziecko. 
W czwartek powitał mnie Syn z radosnym okrzykiem na twarzy, za chwilę obudziła się Córa. Jej uśmiech na twarzy, przyssanie się do piersi były najlepszym wynagrodzeniem za ten czas rozłąki.
Niestety moja przygoda z urologią się jeszcze nie skończyła, raczej zaczęła. 
Mam nadzieję, że nie będę musiała więcej opuszczać swoich dzieci (póki małe).
One to przeżyją, gorzej ze mną.

czwartek, 22 stycznia 2015

Narodziny. Moja historia.

I tym razem nie udało mi się spełnić marzenia o porodzie naturalnym. 
I tym razem natura (Bóg??) okazała się przewrotna i spłatała mi figla.
Mi, która czekała z niecierpliwością i ekscytacją by poczuć na własnej skórze cud narodzin.
Układałam różne scenariusze tego jak i kiedy się zacznie poród, co zrobimy z Synem w tym czasie.
Gdy już był termin stosowałam wszystkie znane mi sposoby by przyspieszyć i wywołać poród (kąpiel tak gorąca, że aż parzyła, spacery szczególnie po schodach, nawet męża zaktywizowałam) i nic. Ani pół skurczu czy innych sygnałów, że poród tuż tuż.
W 41 tygodniu moja doktórka dała mi skierowanie do szpitala, w którym pracowała moja koleżanka położna. Zgłosiłam się w czwartek kolo południa na luzie z myślą, że położę się na patologię ciąży i wywoływać poród zaczną dopiero w piątek. Jednak  pani na izbie była tak miła, że skierowała mnie od razu na porodówkę. Szybki telefon do koleżanki, żeby przyjeżdżała (już zdążyłam się pochwalić na izbie i na porodówce, że mam tu znajomą położną), ponieważ akurat miała wolne.
Położyli mnie na korytarzu bo wszystkie sale były zajęte, zbadali, podłączyli ktg i czekałam. W międzyczasie chodziło dwóch lekarzy po salach, jeden zbierał informację ile pacjentek jest kwalifikowanych do cięcia. Na mnie tylko spojrzał i jak się dowiedział, że chcę spróbować rodzic sn stwierdził, że i tak będę wolała cesarkę jak wszystkie kobiety, które dowiadują się o wadze dziecka powyżej 4kg. Bardzo mnie te słowa zabolały bo ja byłabym gotowa i takiego kolosa urodzić gdyby mi to było dane.
Przyjechała koleżanka i razem z nią poszłam na usg, tam dowiedziałam się, że córa będzie ważyć najprawdopodobniej 4100 (lekarz nie dał rady złapać odpowiednich wymiarów główki bo była lekko skręcona więc ostateczna waga była niższa) i jeszcze nie jest wstawiona. Obu lekarzy było zgodnych co do tego, że powinnam się zgodzić na cięcie ze względu na to, że pierwsze bylo zrobione "na zimno" bez skurczy i bez rozpoczętej akcji (z brakiem rozwarcia na czele). Koleżanka porozmawiała potem ze mną na spokojnie, wytłumaczyła, że tak będzie lepiej i bezpieczniej dla nas. Ze łzami w oczach się zgodziłam.
Znów poczułam się oszukana i zawiedziona. Znów poczułam, że odniosłam porażkę, bo co ze mnie za kobieta, która nawet nie poczuła, że poród się zaczyna, nie poznała tego bólu...i nigdy już raczej nie poznam bo nawet jeśli zdecydujemy się na trzecie dziecko to na 99% będzie cięcie z powodu wysokiego ryzyka.
Koleżanka widziała mój zawód (nigdy w życiu nie czułam takiego zawodu jak wtedy) i pocieszała jak umiała. Wpuściła Męża na porodówkę i czekaliśmy wszyscy aż skończą robić cięcie dla innej kobiety (mojej późniejszej sąsiadce z sali).
O 16.10 zaszłam na salę a o 16.25 moja Córka przyszła na świat. Stanowisko noworodkowe było blisko więc mogłam się napatrzeć na nią od samego początku. Malutką zajęła się moja koleżanka, osuszoną i zawiniętą w jednorazowy becik (coś a'la podkład) dostałam do przytulenia. Córa, gdy tylko poczuła moją skórę na twarzy od razu się uspokoiła, ja czując jej delikatną skórkę buzi (żaden, nawet najdelikatniejszy materiał, nie dorówna skórze noworodka) poczułam ogromny wyrzut endorfin. Przytulałam ją dłużej niż zwykle dają potem pojechała na oddział a mnie zszywali. Po drodze poznała swojego Tatę (i znów znajomości się przydały bo mógł potrzymać i zrobić zdjęcie ).
Ok 16 zawieźli mnie na połóg a ja domagałam się przywiezienia Córeczki do mnie, żeby ją nakarmić . Niestety malutka musiała poleżeć trochę pod lampą, żeby się zagrzać bo miała raczki i nóżki sine ale po chwili dostałam ją już na zawsze. Mężowi kazałam natychmiast mi ją podać i pomóc przystawić. A ona wtedy tak cudownie się zassała...ręka mi sztywniała od przytrzymywania jej (karmiłam na plecach bez podnoszenia głowy) więc Małżonek mi pomagał w trzymaniu.
Koleżance podziękowałam z całego serca za przyjazd i wspieranie mnie. Mąż pojechał do mojej mamy po Syna i potem do domu a ja zostałam z Malutką w szpitalu czując pod skóra, że teraz życie nabierze obrotów.
W szpitalu na Warszawskiej (w którym teraz rodziłam) nie zabierają dzieci na noc (chyba, że wymagają obserwacji), położna bez cienia zniecierpliwienia przychodziła w nocy i podawała dzieci do karmienia, potem odkładała jeśli chciałyśmy, przewijała bez proszenia. Rano gdy nas myła to grzecznie się odnosiła do nas, porozmawiała, pożartowała- zupełnie inna atmosfera niż w szpitalu, w którym rodziłam Syna. Położne przychodziły w ciągu dnia i pytały czy w czymś trzeba pomóc, jak się czujemy, w nocy słyszałam, że tez chodzą, zwłaszcza gdy któreś dziecko długo płakało.
20 stycznia minęły dwa miesiące od kiedy Córeczka jest z nami i szczerze to nie wyobrażam sobie jak to było jak jej nie było. Owszem pamiętam, że było łatwiej z jednym (a wtedy wydawało się, że jest trudno) ale teraz radości mamy razy dwa :-)
Pierwsze świadome uśmiechy już za nami, pierwsze próby śmiania się w głos też.
Dziś rano Malutka pozytywnie mnie zaskoczyła, spała sobie do 10.30 (z przerwami na karmienie rzecz jasna), gdy się obudziła zaszłam do niej a ona na mój widok od razu uśmiech na buźce i pisk radości. I dzień od razu lepszy się staje :-)
Wydaje mi się, że Syn tak wcześnie nie śmiał się w głos ale może zwyczajnie tego nie pamiętam...
O reakcji i relacjach siostrzano-braterskich napiszę innym razem.
Teraz wybaczcie, ale idę już spać :-)
Dobrej nocy :-)

piątek, 2 stycznia 2015

Okno w okno.

W szpitalu, w którym rodziłam okna z oddziału położniczego wychodzą na drugie skrzydło szpitala gdzie mieści się onkologia.
Przez cały swój pobyt mogłam obserwować część życia pacjentów onkologicznych. 
Ten obojętny wyraz twarzy, malujące się na nich oczekiwanie i zrezygnowanie. 
To było tak mocne doznanie w kontraście tego co ja i inne pacjentki połogu przeżywały- radość z nowego życia, wzruszenie, czasem bezsilność gdy dziecko mocno płakało. 
Czasem myślenie o ludziach z tamtego oddziału było tak dojmujące, że człowiek łapał doła. Dlatego starałam się nie myśleć (chociaż ciężko to przychodziło bo na tym oddziale ponad dekadę wcześniej leżał brat Męża, którego nie znałam i nie poznam już nigdy...).
Miałam (niestety tylko 3 dni, dla niej stety bo wyszła do domu ale dla mnie już nikogo nie dołożyli na salę) towarzyszkę, super dziewczynę. Ona i jej mąż są bardzo wierzący, chodzą na spotkania charyzmatyczne etc. Pierwszą noc (ona rodziła w tym samym dniu co ja) przegadałyśmy. Calutką. Zaczęło się jak zwykle- od zwykłej rozmowy o niczym a zeszłyśmy na tematy religijne. Potem ona wyszła do domu a ja zostałam samiusieńka na sali i miałam czas na myślenie. 
Jakiś czas temu pewna pani krawcowa, teraz dobra znajoma mojej mamy, zaczęła się wgłębiać w religię (musiała czymś zając ręce i myśli bo rzucała palenie) i dużo rzeczy opowiadała mi i mojej mamie przy okazji robienia nam przeróbek. Teraz ta dziewczyna i te bliskie sąsiedztwo oddziału onkologicznego otworzyły mi jeszcze bardziej umysł i serce na Boga. Byłam wcześniej wierząca owszem, chodziłam do kościoła co niedzielę, ale to nie było to. 
Teraz dostrzegam Boga wszędzie. Już nie jest On tylko w kościele, nie jest obecny tylko podczas modlitwy ale jest obok cały czas. Bóg jest w moim Mężu, w moich cudownych dzieciach (nawet gdy płaczą), w drzewach, kwiatach, drobnych radościach i smutkach. Gdy przychodzi trudny czas (jak wtedy gdy musiałam leżeć tydzień w szpitalu po porodzie) zadaję sobie jedno pytanie: czego to mnie ma nauczyć. I wiem, że Bóg nie ześle na mnie nic, z czym nie dałabym sobie rady.
Przed porodem martwiłam się jak Mąż da sobie radę z Synem (zwłaszcza, że Młody nie chce ojca słuchać, kapać musiałam ja, karmić/ ubierać/wpinać w fotelik etc. musiałam ja, Syn potrafił wystawić język dla Męża gdy nie chciał jego obecności na co Mąż wkurzał się strasznie). Podczas przedłużającego się pobytu w szpitalu okazało się, że ani raz się te moje chłopy nie pokłóciły, dogadywali się super, bawili się razem (Mąż wcześniej rzadko się bawił z Synem). Teraz już wiem, że ja musiałam się nauczyć cierpliwości (oj ciężko było, ciężko...) i większego zaufania do Męża (wiedziałam, że dobrze zajmie się Synem jednak martwiłam się o to, żeby się nie kłócili i nie krzyczeli na siebie) a Mąż cierpliwości i zrozumienia dla rozbrykanego trzylatka. A trzylatek czego się nauczył? Że z tatą tez jest fajnie i tata potrafi dokładnie wszystko to samo co mama. 
Zawierzenie Bogu jest fajne bo ściąga ze mnie strach o jutro. Bo wiem, że cokolwiek by nie było On nam pomoże poprzez dobrych ludzi, wspaniałych rodziców. Kiedyś łapały czasem mnie lęki o przyszłość, jak sobie damy radę z jedną wypłatą a teraz? Tego już nie ma, a jeśli się pojawia to na chwilę i zaraz ucieka. 
Dzięki mojej towarzyszce poznałam ciekawą stronę ojca dominikanina, na której codziennie z okazji Adwentu zamieszczane są wykłady tegoż ojca. Może bardziej rozmowa niż wykład. Ksiądz ten wybiera codziennie cytat z Pisma Świętego i go interpretuje, opowiada o nim, odnosi do współczesnego życia. Tak zwyczajnie, prostym językiem , szczery aż do bólu. Warto posłuchać tych Plastrów Miodu (tak się nazywa owo słuchowisko), ja nie jestem na bieżąco niestety, mam sporo tyłów w słuchaniu ze względu na dzieci ale z czasem mam nadzieję nadrobić. 


Macie ochotę posłuchać? 
www.langustanapalmie.pl
Ksiądz jest również na FB, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę Langusta na palmie.

piątek, 19 grudnia 2014

Żyjemy!

I to jest najważniejsze.
Nikt ani się ani nikogo nie zabił.
Życie z jednym dzieckiem wydaje mi się teraz o wiele prostsze niż przed przyjściem na świat Córki. 
Nawet wtedy gdy Syn miał swoje bunty i zdanie. A ja (o durna!) miałam wtedy wrażenie, że te histerie nigdy się nie skończą i po każdej byłam maksymalnie wykończona (psychicznie i fizycznie).
Bo wtedy do ogarniania było jedno dziecko. Można było spokojnie negocjować. 

A teraz?
Czasem nasze życie wygląda jak jazda bez trzymanki. 
Córka płacze bo głodna/ ma mokro/ zmęczona a spać nie chce. Znalazła się mała-dorosła co nie sypia jak inne noworodki (czyt: śpi z przerwami na jedzenie i ewentualnie zmianę pieluchy) tylko trzeba się postarać, nanosić, wyprzytulać i wybujać, żeby łaskawie oczy zamknęła. Ale pod żadnym pozorem nie wolno odkładać do wózka bo to grozi wybudzeniem i zabawą w usypianie od nowa.
I czasem w tym samym momencie rozlega się syrena nr 2- Syn. Bo go boli oko/noga ewentualnie ręka (wszystko oczywiście udawane oprócz płaczu). Albo chce bajkę ale nie tą tylko inną lub nie chce się ubierać. 
I wtedy mamy płacz synchroniczny. Rozwiązania są dwa: usiąść i ryczeć razem z dziećmi (co będę zapewne czyniła gdy Męża w domu braknie) lub oddelegować Męża do któregoś dziecka (teraz jest łatwiej bo Mąż jest cały czas w domu).
Ale ogólnie uczymy się organizacji i idzie nam to coraz sprawniej.
Najgorzej jest z wyjściem z domu. Pół biedy jak idziemy tylko na spacer bo się tylko ubieramy w kurtki i już. Gorzej sprawa wygląda jak jedziemy do rodziców/ lekarza etc. Tu przygotowania trzeba zacząć godzinę przed planowanym wyjściem z domu. Dobrze, że Córka jeszcze nie mówi i nie kłóci się w co chce się ubrać, ja też wybieram ciuchy z rozpędu (aby wyglądały dobrze) a Syn? Zależy kiedy. Czasem sam wybiera ubrania, czasem ucieka i woli się bawić niż ubierać. 
Wczoraj spóźniliśmy się na wizytę do lekarza prawie pół godziny ale dziś już poszło nam sprawniej i wyszliśmy z domu tylko cztery minuty później niż planowaliśmy. 

Tyle u nas. Czasu wolnego mam zdecydowanie mniej bo albo jedno albo drugie coś chce a jeszcze jest obiad, pranie (prasowanie sobie już odpuściłam, prasuje tylko to, co trzeba), sprzątanie, pies, kot...uff...
Ale liczę, że z czasem będzie tylko lepiej. 

PS. znów poszłam na łatwiznę w kwestii spania- Córka już w szpitalu wylądowała w moim łóżku (sama spać nie chciała, mi ciężko się spało w szpitalu więc chciałam trochę złapać snu), w domu próbowałam położyć do łóżeczka ale Mąż tylko spytał czy mi się chce wstawać co 5 min. Nie chce się więc Mała śpi z nami. Czasem dołącza do nas Syn a Mąż idzie na łóżko Syna, żeby się wyspać :-) Cóż- życie :-)
PS 2. Małżonka proszę nie żałować bo łóżko jest pełnowymiarowe, co prawda takie na styk ale jak się dobrze ułoży to lepiej się wysypia niż ze mną :-) 

piątek, 5 grudnia 2014

Rozwiązanie

20 listopad 2014
Kolejna ważna data w moim życiu.
Narodziny Córy.
Niestety nie moje wyśnione, ale o tym innym razem...
20 listopada 2014 o godzinie 16.25 świat powitała urocza kruczoczarna (po kim??) Dziewczynka. 
Całe 55 cm szczęścia i 3870 g radości.

Na razie poznajemy się wszyscy wspólnie. T. zakochany w siostrze do szaleństwa, przytula ją, śpiewa kołysanki, buja, uczestniczy w przewijaniu i kąpieli.
Kiedy mi to dziecię tak wydoroślało???

Jesteśmy i żyjemy. Zdrowi. 
Mąż na opiece na mnie, potem ojcowski i wraca do pracy dopiero w sylwestra więc mamy sporo czasu na ogarnięcie tematu posiadania dwójki dzieci.
Ale o tym tez innym razem :-)

Teraz idę spać bo nie wiadomo ile snu mi będzie dziś dane tej nocy, zwłaszcza, że jutro Mikołajki.

wtorek, 11 listopada 2014

Dwupak

Jeszcze w dwupaku.
Wiem, że widocznie Malutka ma powód by posiedzieć jeszcze w brzuszku, ale...

...tak mi chwilami ciężko, zwłaszcza wstać z łóżka, gdy mięśnie brzucha odmawiają posłuszeństwa i bolą niesamowicie lub pozbierać zabawki z podłogi (czasem trzeba dom odgruzować) albo pobawić się z Synem na podłodze

...nie minie nawet pół dnia a ja się czuję jakbym pole orała, muszę się przespać (przy pomysłowym, prawie trzyletnim, dziecku to ryzyk- fizyk ale na szczęście mam kanały z bajkami, które na chwilę uziemiają obywatela) choćby 15 minut (więcej Syn nie da, dłużej śpię jak Mąż jest w domu) by się zregenerować...

...czekam z niecierpliwością na poród bo chciałabym zobaczyć (i poczuć) jak to jest i czy naprawdę tak boli jak niektóre opisują (całe szczęście nie mam nikogo w otoczeniu kto by mi opowiadał porodówkowe historie rodem z horroru), nastawienie mam bardzo pozytywne

...chciałabym poznać tę swoją kruszynkę, która mieszka w moim łonie i słucha bicia mojego serca, i która potrafi mi brzuch rozepchnąć do niewiarygodnych rozmiarów i kształtów a jej kopniaki są bolesne, choć nadal słodkie, urocze i miłe (najśmieszniej jest jak zaczyna się rozpychać np. w kolejce u lekarza- mina facetów widzących zmieniający kształt brzuch jest bezcenna :-) )

...mam dosyć zaskoczenia innych osób "a ty/pani jeszcze chodzi??" (mam ochotę odpowiedzieć, że się k*** turlam nie chodzę)

...nie chce mi się słuchać przy każdym telefonie (bez różnicy czy ja dzwonię, czy ktoś dzwoni lub, nie daj Boże, nie odbiorę w porę) "już jedziesz rodzic?"

Kochani Znajomi i Nieznajomi, Sąsiedzi i Panie ze Sklepu- też już wolałabym urodzić bo 40 tydzień ciąży nie jest kolorowy (choć niesamowity jak poprzednie 39 tygodni ze względu na ten mały cud w łonie) więc proszę uprzejmie o nie komentowanie mojego braku rozwiązania, wagi, wielkości i kształtu brzucha etc.

Na pocieszenie swoje i Wasze dodam, że Mąż pomaga dużo więcej niż wcześniej- sam sprząta te nieszczęsne zabawki, robi zakupy bez marudzenia, ogarnia Syna gdy chcę odpocząć (w sobotę i niedzielę zabrał go do swoich rodziców na kilka godzin, odpoczęłam, zrobiłam obiad i po trzech godzinach dzwoniłam i pytałam kiedy wrócą bo mi za pusto w domu było, jak wytrzymam te 3 dni bez Syna w szpitalu???), pomaga mi w przygotowaniu posiłków gdy go zagonię (niestety nie jest mocno domyślny ale wystarczy, że poproszę). 
I też już czeka z niecierpliwością na narodziny Córy. Co prawda gada, że piwa mu się chce (ma zakaz picia bo w każdej chwili akcja może się zacząć a ja nie chcę latać i szukać kto mnie zawiezie) i od roboty by odpoczął (ma zamiar wziąć zwolnienie i ojcowski od razu by mieć miesiąc wolnego), ale to takie gadanie :-)
Też ma już ochotę poznać naszą Małą.
Rozwiązać by się już przydało też ze względu na Syna, który czeka i czeka na tę Dzidzię i ma obiecany prezent od Siostrzyczki a tu lipa...już mu chyba nawet przestało zależeć na tym robocie co sobie zażyczył bo ile można czekać? I jakoś brzucha już tak nie obcałowuje jak wcześniej (opędzić się chwilami od niego nie mogłam)...

Także Córko Droga!
Pukaj już w ten brzuch bo kurczę świat trzeba poznawać :-)
Wszyscy już na Ciebie czekamy a dziś jest piękne święto i fajna data :-)




niedziela, 2 listopada 2014

8!

Termin już za 8 dni.
Czas leci jak szalony a ja czuję się jak tykająca bomba, która nie wiadomo kiedy wybuchnie.
Ale jeszcze Malutka musi posiedzieć w środku bo lekarka przepisała mi antybiotyk (wstrętny paciorkowiec...) i trzeba się wyleczyć do końca.
Jutro spotykam się z koleżanką, która jest położną i pracuje w szpitalu, do którego wybieram się na poród. Poopowiada mi jak to wszystko wygląda, czego mogę się spodziewać, na co liczyć. Chciałabym, żeby pojechała ze mną rodzic, być może się uda bo wstępnie się zgodziła :-) 
Jak na razie nie boję się porodu, wierzę, że trafię w dobre ręce. Zresztą z moim wrodzonym optymizmem źle nie będzie, zwłaszcza, że jestem pozytywnie nastawiona na dobry poród. 
W codziennej modlitwie proszę Maryję, patronkę matek, o fajny, sprawny i dobry poród. Mając takie wsparcie "z góry" nie może pójść źle :-) 

Odliczanie trwa. 
Jeszcze w miarę cierpliwe. 

poniedziałek, 27 października 2014

14 dni do terminu- odliczanie

Uwierzyłby kto, że zaczęłam już 39 tydzień ciąży?
Kiedy to zleciało?
Ten piękny, pełen magicznych chwil a jednocześnie cholernie trudny czas?
Przecież dopiero były starania, dopiero co robiłam test ciążowy, oswajaliśmy się z myślą, że teraz będzie nas czworo a nie troje.
A ja już na finiszu.
Miałam dziś ostatnie USG. Córa leży główkowo (czyli tak jak chciałam bo drugiego cięcia wolałabym nie przechodzić), na dzień dzisiejszy waży 3500g (kawał baby, Syn przy porodzie ważył 3240 a ta już go przegoniła) i jeszcze nic się nie szykuje do porodu. A szkoda bo mi już mega ciężko.
Jeszcze jutro posiew przeciwko paciorkowcom i jak tylko dostanę wyniki to będę działać by przyspieszyć poród.
Tak już bym chciała poznać moją kruszynkę, móc ją przytulić, pogłaskać i poczuć jej zapach. Chciałabym poznać tę charakterną istotkę, która wierci się niesłychanie w brzuchu (nawet teraz).

Trochę martwię się o Syna, jak On zniesie moją kilkudniową nieobecność. Do tej pory przecież byłam cały czas z Nim, zostawał co prawda na kilka godzin pod opieką innych osób ale zawsze wracałam na noc. Przygotowałam Młodego na to, że gdy dzidzia zapuka w brzuszek to będę musiała iść do pana doktora by jej pomógł wyjść i wrócimy najszybciej jak się będzie dało do domu. Wie, że dostanie od dzidzi prezent i buziaka ode mnie za dzielność. Niby wie, ale chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z tego jak to będzie wyglądało. Celowo nie użyłam słowa szpital bo po pierwsze nie wie, co to jest a po drugie rozpłakał się kiedyś jak powiedziałam mu, że pójdę do szpitala po dzidzię.
No ale moi faceci będą musieli poradzić sobie te kilka dni beze mnie i nic nie poradzę.

14!
Odliczanie trwa.

czwartek, 2 października 2014

Wszystko się psuje...

Mówią, że pieniądze szczęścia nie dają.
Owszem może i nie dają ale jak ich nie ma to też niedobrze.
Złapaliśmy miesiąc-dwa oddechu od myślenia o finansach (doszła moja wypłata za zwolnienie więc zrobiło się ciut lepiej) a teraz znów przekonujemy się o tym, że życie lubi dokopać i nie można mieć wszystkiego.  
W związku z przeprowadzką na piętro (w sypialni na dole nie pomieścilibyśmy dodatkowego łóżka) postanowiliśmy wykończyć łazienkę na tymże piętrze, która jako jedyne pomieszczenie w domu była niewykończona. 
Coś nas podkusiło, podszeptało...wygoda zapewne bo nie trzeba będzie w nocy schodzić na dół do toalety, pralka będzie na górze (tam gdzie suszarnia więc odpadnie noszenie prania po schodach), będzie więcej miejsca, 2 umywalki...
Tylko wtedy nic nie zapowiadało kłopotów w mężowskiej pracy.
Niby praca jest a nie ma (kłopoty się zaczęły jak Putin nałożył embargo, ponoć już na wszystkie towary z Polski, a firma sporo eksportowała maszyn do Rosji), pracują po 6 godzin (tzn. mechanicy i elektrycy bo reszta fabryki normalnie po 8) bo jaśnie szanowny Pan Kierownik olewa sprawę i nie może się dogadać z brygadą męża...
Jak 6 godzin to i wypłata mniejsza a tu jeszcze trzeba dokupić trochę rzeczy dla małej (niby same pierdoły ale niezbędne) i dla mnie, zima za pasem więc trzeba się zaopatrzyć w opał, kredyty, rachunki, życie...
Ta za krótka kołdra przerasta mnie chwilami...wieczne kombinowanie...
Do tego czuję się masakrycznie, brzuch ciąży niesamowicie, Syn domaga się uwagi, obowiązki domowe leżą odłogiem (jednocześnie wkurzam się bo chciałabym mieć czysto a tu się kurzy z łazienki, dziecko i zwierzyniec też nie ułatwia utrzymania porządku) a ja najchętniej bym tylko spała... Przez moje zmęczenie, kłopoty w mężowskiej pracy i te całe zamartwianie się finansami nie mam humoru i cierpliwości do Syna. Drażni mnie czasami. Tym, że buzia mu się nie zamyka, rozlewaniem wody w łazience (tak szczerze myje ręce po kilkanaście razy dziennie), stawianiem oporu (jak już zbiorę siły by wyjść na podwórko to on nie chce choć minutę wcześniej ryczał, że chce wyjść), nieposłuszeństwem (można mówić sto razy a on nie posłucha a jak krzyknę to się rozpłacze, że krzyczę).
Wkurzam się gdy zdenerwowany Mąż bierze się za wychowywanie dziecka, widzę jakie błędy popełnia, i które, o zgrozo, sama popełniam w złości. 
Ogólnie brakuje nam obojgu cierpliwości i siły.
A podobno ciąża to taki spokojny stan!
Nic to- muszę się zebrać w sobie i wstać jutro (dziś) w lepszym nastroju i pełna chęci działania. Bo zauważyłam zależność- im jestem spokojniejsza, cierpliwsza i zadowolona tym Mąż i Syn mają lepszy humor i więcej cierpliwości. 
Czasem czuję się odpowiedzialna aż za bardzo za atmosferę w domu.

Jeszcze 3 tygodnie i mogę rodzic w spokoju...na razie modlę się i zaciskam nogi by z tego stresu nie urodzić na wcześnie...

czwartek, 25 września 2014

Blisko, coraz bliżej- 34 tydzień.

Zaczęłam 34 tydzień ciąży.
Zostało mi w najlepszym wypadku 6 tygodni do porodu.
Kiedy to zleciało???
Zdaje się, że czas od marca do teraz minął szybciej niż mrugnięcie...

Ciężko, coraz ciężej...
Nie ukrywam, że drugą ciążę znoszę gorzej niż pierwszą.
W pierwszej miałam czas na odpoczynek zawsze gdy potrzebowałam a teraz...
nawet gdy przysiądę na chwilę to zaraz T. przybiega i prosi o picie, jedzenie, wspólną zabawę etc.a jeszcze obowiązki domowe...
I jakoś nie mam czasu cieszyć się tą ciążą i maluchem jak w pierwszej. 
Dopiero wieczorem jak już wszyscy położą się spać mam chwile dla siebie by pomyśleć o dziecku, pocieszyć się nim, zaplanować zakup brakujących rzeczy (a jest ich na szczęście niewiele). Może dlatego chodzę teraz tak późno do łóżka?

A jeszcze te hormony ciążowe...
Łatwo mnie wyprowadzić z równowagi (przepraszam Cię Synu, że nie jestem w stanie czasem wytrzymać Twojej pomocy w kuchni, kolejnej posikanej pary majtek- Młody lubi widzieć jak siusia więc często kuca nad nocnikiem zamiast usiąść porządnie i moczy sobie majtki plus podłogę, powtarzanego po raz 50 przez Ciebie jakiegokolwiek zdania) co się kończy czasem moim krzykiem a potem płaczem. Przez co, Ty biedny Synku, nauczyłeś się mówić do mnie "nie płacz mamo" jak się zaczynam rozpędzać przez te hormony...  

Rozczulam się najbardziej gdy Syn przylatuje ni z tego ni z owego się przytulic, powiedzieć "kocham cię mamo" i wycałować. Dzidzię też całuje przez brzuch (ostatnio w poczekalni u lekarza zebrało mu się na amory brzuszkowe i zaczął mi bluzkę podnosić do góry bo koniecznie chciał dać całusa w goły brzuch), kładzie rękę na brzuchu w oczekiwaniu na ruchy a to już totalnie mnie rozpuszcza i mija wszelka złość :-) 

Jak będzie po porodzie? 
Chyba dobrze :-) 
Lżej bo bez brzuszka a ciężej bo dojdzie masa nowych obowiązków.
Dzieci to nie tylko ciągłe zmęczenie, harówka, krew, pot i łzy ale też masa radości, wzruszenia i poznawania świata oczami dziecka :-) Tego się trzymam :-)


Dzisiejszą notkę sponsoruje histeria mojego Pierworodnego gdy włączam pralkę (wrzeszczy tak, jakby ubraniom w pralce krzywda się działa- taki empatyczny? ) więc piorę wieczorami gdy śpi a , że dziś poszedł spać późno (no dobra i mi się przysnęło przy nim z godzinkę) i prania na dwie pralki więc czekam aż skończy się prac by móc powiesić...lub przynajmniej wynieść do suszarni tak, żeby dziecię nie widziało pełnej pralki.  

czwartek, 11 września 2014

Rowerowe love

Syn od dłuższego czasu lubił przesiadywać na cudzych rowerach. Jednak ani do trójkołowca ani z do roweru z pedałami i doczepianymi małymi kółkami nie miał wystarczającej pary w nogach. Poza tym Syn jest z tych niższych dzieci więc i nogi miał za krótkie do takich rowerów.
Po rozeznaniu rynku i poczytaniu opinii fizjoterapeutów (zwłaszcza mojego guru Pawła Zawitkowskiego) uparłam się na rower biegowy.
Tu sprawa też prosta nie była bo większość rowerków jest dla dzieci 3+ i są zwyczajnie za duże na mojego dwulatka. Przekopany internet i odwiedzonych kilka salonów rowerowych w mieście nie dało rezultatów. Na szczęście koleżanka nam podpowiedziała gdzie kupowała rower dla swojej córy i tak zawędrowaliśmy do Decathlona. 
Syn wybrał taki rowerek:

Jak wsiadł to nie chciał zejść, ciężko było mu wytłumaczyć, że to jest model wystawowy a my musimy wziąć w pudełku. 

Rower kupiliśmy w maju, początkowo Syn chodził z nim zamiast jeździć ale po miesiącu już poruszał się na nim jak trzeba. Po kolejnych dwóch tygodniach potrafił się rozpędzić i podnieść nogi do góry by utrzymać przez dłuższą chwilę równowagę. Teraz już tak szybko śmiga, że za nim nie nadążam :-) 
Chyba nie muszę wspominać jakie zainteresowanie wzbudza Syn gdy jedzie swoim dwukołowcem :-)

U nas rower stał się godnym następcą wózka, z którego chciałam zrezygnować przed narodzinami Małej. 
Syn jeździ nim dosłownie wszędzie nawet do mojej Mamy musimy go zabierać bo jest płacz.
Mały cyklista.





niedziela, 17 sierpnia 2014

16.08.2008

16 sierpień sprzed 6 lat był upalny.
Nieznośnie upalny.
Było trochę nerwowo ale i podniośle.
Humor dopisywał nam od samego rana, kłopoty z pamięcią także (obrączki, kartki ze spowiedzi) :-)
W kościele trochę się pośmialiśmy z księdzem na czele (palce mi spuchły i obrączka nie chciała współpracować) i łza się w oku zakręciła.
Wesele trwało do białego rana.
O 22 przyszła burza i silny wiatr, na szczęście trwała krótko i nie przeszkodziła w zabawie.

Mogę śmiało stwierdzić, że nasze małżeństwo wygląda podobnie jak nasz dzień ślubu. 
Większość czasu świeci słońce, jest trochę śmiechu, bywają burze i łzy jednak te dwie ostatnie rzeczy zdarzają się rzadko i trwają krótko.

Drogi Mężu dziękuję Ci za:
- nasze wspólne dni i noce,
- codzienny uśmiech, życzliwość i ciepło,
- miłość i pocałunki,
- to, że mogę być sobą i nie chcesz mnie zmieniać na siłę,
- wspaniałego Syna i Córę, na którą czekamy z niecierpliwością,
- za nasze wspólne życie, które choć nie jest idealne ale lepszego wymarzyć sobie nie mogłam.

6 lat minęło jak jeden dzień.
Oby nam było dane przeżyć nam tych lat jak najwięcej.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Ciąża i starsze dziecko

  Zastanawialiście się kiedy powiedzieć starszakowi o ciąży? 
Ja, szczerze mówiąc, niespecjalnie się zastanawiałam i powiedziałam w zasadzie od razu.
W sumie to wyszło jakoś tak naturalnie- temat dzidziusia nie pojawił się nagle tylko stopniowo.
Dla Syna ten mały człowieczek objawił się bardziej realnie po usg połówkowym, na którym widział "coś" ruszające się w brzuchu. Teraz lubi oglądać zdjęcia z tegoż usg i mówi "moja dzidzia".
Drugi raz poczuł, że noszę dziecko (da Syna to dzidzia :-) ) pod sercem gdy dostał od Niej kopniaka w rączkę. Jego oczy i mina wyrażały niesamowite zdumienie ale i radość :-) Ile ten mój dwulatek z tego rozumie - nie wiem. Na razie się cieszy i jakby częściej mówi mi, że mnie kocha (nic dziwnego skoro powtarzam mu to samo co najmniej kilka razy dziennie).

Co u nas więcej?
Zaczęłam 27 tydzień ciąży.
Już 27 tydzień. Szybko to zleciało.
Upały rządzą więc bywa ciężko. Wręcz bardzo ciężko- tchu i sił brakuje, człowiek potem się oblewa od samego leżenia. Siedzimy w domu w ciągu dnia bo 35 stopni w cieniu nie jest dobrą temperaturą dla dwulatka i ciężarnej. Popołudniami kąpiemy się w dużym basenie (Młody ma mniejszy ale woli siedzieć w dużym bo jest więcej wody :-) ) i tak mija dzień za dniem.
Za to Syn ma energii za dwóch. W dzień potrafi przespać nawet 3,5 w porywach do 4 godzin więc nie dziwne skąd bierze siłę :-) Ja mam tylko czasem problem, żeby nadążyć za nim i jego pomysłami.
Ale cieszę się, że jest ruchliwy i ciekawy świata bo to zdrowy objaw.

A do mnie zaczyna docierać powoli, że w listopadzie będę miała dwójkę dzieci, każde z różnymi potrzebami i zachciankami, do ogarnięcia. Chwilami ogarnia mnie przerażenie ale przeważają pozytywne myśli.
Z tymi pozytywnymi myślami Was zostawiam i życzę dobrej nocy :-)

czwartek, 17 lipca 2014

To moje dziecko i moje wychowanie.

Droga Pani, Drogi Panie!

Uprzejmie dziękuję za Wasze światłe rady dotyczące wychowania i decydowania o MOIM dziecku.
Niestety tak się składa, że za Waszych czasów dzieci wychowywano (a raczej hodowano jak to się mówi w moich kręgach, na co zżyma się moja Babcia Krakowska) inaczej niż teraz. Nie mnie oceniać czy lepiej czy gorzej, po prostu inaczej. 
Dziękuję także za straszenie mojego dziecka w sytuacji gdy mnie nie chce słuchać, że zabierze do Baba Jaga.
Dziękuję za zwracanie uwagi mojemu dziecku, gdy robi Państwa zdaniem, coś niewłaściwego zamiast zwrócić się do mnie.
Dziękuję za troskę z jaką komentują Państwo moje stanowcze podziękowanie za częstowanie słodyczami.

Przepraszam, że nie stosuję się do tych rad i uprzejmie informuję, że:
- dziecko ma prawo mieć inne zdanie od mojego i moja (a nie Państwa) w tym głowa by nakłonić moje (w 90% przypadków układne) dziecko do posłuszeństwa, nie klapsem, krzykiem i straszeniem ale kompromisem i czasem drobnym przekupstwem
- moje dziecko będzie robiło wszystko na co ma ochotę i do granic, które wyznaczam JA a nie obca osoba, jeśli ma ochotę wcisnąć guzik w windzie to go wciśnie bo mu pozwalam, jeśli ma ochotę wykąpać się w fontannie a ja nie widzę kłopotu to się w niej wykąpie, jeśli chce wymazać się lodami/taplać w błocie w sandałach/jeść z psem z jednej miski to tak zrobi o ile JA nie powiem nie. Jednocześnie gwarantuję, że uczę mojego dziecka zasad społecznych i zachowań społecznie akceptowalnych (czyli m.in. nie używania wulgaryzmów, dbania o mienie publiczne, nie malowania po przystankach, nie śmiecenia).
- uczę mojego Syna nie przyjmowania prezentów od obcych (tym bardziej jedzenia, słodyczy) nawet za cenę wrzasku i protestu. Stać mnie by dziecko jadło słodycze w ilościach hurtowych ale to JA decyduję kiedy i ile może ich zjeść. To, że odmawiam poczęstunku od kompletnie obcych osób jest inwestycją w bezpieczną przyszłość mojego dziecka więc proszę nie INGERUJ w to i nie komentuj.

Proszę mi wierzyć to ja urodziłam i codziennie przebywam ze swoim dzieckiem i to ja znam najlepiej jego potrzeby i zachowania. W wychowaniu Syna kieruję się sercem, intuicją i fachowymi radami psychologów. Często nawet do rad Mamy i Teściowej się nie stosuję bo mam inne zdanie lub kłóci się to z moimi przekonaniami. Jestem świadoma tego, że popełniam błędy ale to są moje błędy i moje dziecko i to my będziemy musieli z tym żyć. 
Jednocześnie zapewniam, że nie wystawiam mojego dziecka na ekstremalne sytuacje zagrażające jego zdrowiu lub życiu bo mam swój rozum i pomimo młodego wieku jestem odpowiedzialna. To, że pozwalam dwulatkowi na zdobycie wysokich drabinek na placu zabaw (w mojej dyskretnej asyście) nie świadczy o mojej głupocie i niekompetencji tylko o chęci pozwolenia dziecku na zmierzenie się z jego lękami i słabościami oraz nauczenia dziecko rozwagi, pokonywania trudności i pokazania mu, że jestem obok gotowa do pomocy.
Codziennie uczę się bycia lepszą matką i Wasze rady nijak się mają do moich ambicji i przekonań.
Moje dziecko ma prawo płakać gdy jest zmęczone i domagać się pewnych rzeczy krzykiem bo jest dzieckiem a Wam nic do tego. Zawsze macie wybór- możecie stanąć dalej by Wam krzyk nie przeszkadzał. Moje dziecko ma prawo biegać i rozmawiać bo jest ciekawe świata a moim zadaniem jest mu ten świat pokazać i objaśnić więc proszę o nie komentowanie "ale to dziecko ciekawskie, niegrzeczne, rozpuszczone" bo ciekawe jakimi Wy byliście dziećmi i jak swoje dzieci wychowywaliście.
 

I tak na koniec tego listu/apelu dodam: mieliście szansę wychować swoje dzieci więc teraz nie wtrącajcie się w wychowanie cudzych. 
Reagujcie gdy dzieje się krzywda dziecku ale nie obgadujcie gdy rodzic wynosi rozhisteryzowane dziecko ze sklepu lub pozwala dziecku się wypłakać w nim.
Dzięki temu wszystkim: Wam, Rodzicom i Dzieciom będzie żyło się lepiej i bez stresu.
Z poważaniem
Matka 

PS. Skoro Wy czujecie się w obowiązku zwrócenia uwagi mojemu dziecku lub mnie tak ja czuję się w obowiązku obrony siebie i Syna nawet kosztem obrazy (kulturalnej) Waszej osoby.

PS. post powstał w wyniku inspiracji prawdziwymi wydarzeniami, które wydarzyły się w przeciągu dwóch dni. Wcześniej takie sytuacje się nie zdarzały.

czwartek, 26 czerwca 2014

A jednak dziewucha!

Córka, córeczka, córunia...
Dziewucha, dziewczynka, dziewczyneczka :-)
25 cm i 371g- taki kawał baby noszę pod sercem :-)
Jestem szczęśliwa i teraz już chyba się nie oprę by nie kupić jakiejś sukieneczki :-)

USG wyszło bardzo dobrze, 45 minut mogłam oglądać swoją kruszynkę (razem z Mamą i Synem, tak się biedny rozpłakał, że mam sama wejść do gabinetu, że go pożałowałam i razem z nami oglądał swoją siostrę) jak fika nóżkami, połyka wody płodowe, pociera pięścią o czoło. 
Moje słodkie maleństwo :-)

Dostałam 7 zdjęć na pamiątkę i mnóstwo pozytywnej energii, wszystko jest w jak najlepszym porządku, blizna po cięciu na macicy jest tak maleńka jakby jej w ogóle nie było i z mojej strony nie ma przeciwwskazań do porodu naturalnego :-)
Oby tylko malutka chciała współpracować ze mną i z Bożą pomocą będzie mi dane urodzić tak jak sobie wymarzyłam- siłami natury :-)

Dobrej nocy i kolorowych snów :-) 

środa, 25 czerwca 2014

Połowa już za nami.

20 tygodni
Połowa ciąży już za mną.
Niewiarygodne jak ten czas szybko leci. 
Coraz ładniejsza pogoda i ruchliwy dwulatek to główni sponsorzy nieobecności na blogu.

Dziś byłam na usg połówkowym. Wyszłam z niego rozczarowana i wściekła. Dlaczego?
Z kilku powodów. Po pierwsze badanie trwało, łącznie z wejściem i wyjściem, 10 minut. Po drugie lakoniczne na koniec "serce w porządku, brzuszek w porządku". Po trzecie gdybym nie spytała o płeć i wagę to bym się nie dowiedziała. Co do płci nadal nie jestem pewna bo "chyba dziewczynka" jakoś średnio mnie przekonuje.
Nie byłabym tak zła i zawiedziona gdyby nie to, że lekarz wykonujący badanie ewidentnie odwalił chałturę. Do tego samego lekarza poszła na usg siostra Męża i kuzynka- obie trzymał prawie godzinę, policzył paluszki, sprawdził czy dzieciaczki nie mają rozszczepu wargi, opowiadał całe badanie co widać na ekranie ("tu paluszki, tu serce, tu nóżka, tu siusiak") i był miły. Jedyną różnicą między mną a nimi był fakt, że ja to badanie miałam za free na NFZ a one zapłaciły. Badanie robione na tym samym sprzęcie, w tym samym gabinecie prywatnej kliniki, ten sam lekarz i dwa odmienne podejścia...widać, że dla niego liczy się tylko kasa kasa kasa. Przykro mi było jak cholera. 
Nie liczyłam, że się będzie roztkliwiał nad widokiem rączek czy serca, nawet nie liczyłam, że będzie mnie trzymał godzinę, ale oczekiwałam trochę dokładniejszego i dłuższego badania. I informacji jak długie jest dziecko, ile waży, czy jest w normie wszystko, że pomierzy przepływy.

Z tego wszystkiego popłakałam się w domu. I umówiłam się na prywatne badanie usg do ginekologa, który prowadził mnie pod koniec mojej pierwszej ciąży i robił mi cięcie. 200 zł piechotą nie chodzi, ale mi nie wystarczy informacja, że serce i brzuszek w porządku (w przeciwieństwie do Męża)- potrzebuję więcej informacji. Mężowi się nie podoba pomysł płatnego usg lecz nic się nie odzywa bo pewnie doszedł do wniosku, że ja i tak zrobię jak będę chciała (a spokój ciężarnej najważniejszy).
Docent jest co prawda człowiekiem trochę gburowatym, ale konkretnym, sam wszystko mówi i tłumaczy na bieżąco (nie trzeba dopytywać), rozwiewa wątpliwości, widać, że wie o czym mówi (kiedyś mojej mamie wytłumaczył konieczność badania tolerancji cukru, jakie powikłania miały dzieci zanim wprowadzono obowiązkowe badanie obciążenia glukozą i to nie jedyna ciekawostka, którą mnie uraczył). I przede wszystkim jest opanowany i spokojny, jego spokój się udziela wszystkim.

Dzisiejsze usg zamiast mnie uradować bardzo mnie zasmuciło przede wszystkim podejściem lekarza, którego kompetencje i chęć do pracy wzrastają wprost proporcjonalnie do ilości gotówki. A czym ja się różnię od pacjentek prywatnych? Tym, że korzystam z NFZ bo zwyczajnie mnie nie stać na prywatne wizyty? Gardzę takimi ludźmi, dla których pieniądz jest najważniejszy i im więcej się zapłaci tym lepiej swoją pracę wykonują. Nikt nie każe za darmo nikomu pracować ale zwłaszcza w pracy lekarza liczyć się powinien przede wszystkim człowiek, bez względu na to czy ma pieniądze czy jest biedny.
Do tej pory spotykałam lekarzy z powołania, przyjmując mnie czy Syna na NFZ byli sympatyczni i kompetentni. Mój poprzedni ginekolog (prowadzący pierwszą ciążę) traktował nie tak samo bez względu na to czy byłam na wizycie w prywatnym gabinecie czy w przyszpitalnej przychodni. 

Mam nadzieję, że jutrzejsze badanie skutecznie poprawi mi humor na resztę ciąży i będę mogła się pochwalić jak duże mam dziecko i co noszę po sercem.

środa, 28 maja 2014

Pedofilia

Temat trudny, ale bardzo ważny.
Wczoraj natrafiłam na dwa programy w telewizji o tej tematyce. I każdy dotykał problemu pedofilii w rodzinie. Nie jest chyba tajemnicą, że do czynów tak paskudnych i okrutnych dochodzi najczęściej wśród najbliższych i znajomych.
Historie były różne, zawsze jednak przerażające.
Natrafiłam też kiedyś na wpis w internecie zaniepokojonej zachowaniem teściowej i swojego dziecka matki. Dziecko, syn ok. 15 miesięczny, nie lubił gdy przebierała go babcia (teściowe tejże matki). Wyszło na jaw, że babcia podczas zmiany pieluchy całowała go po jądrach. Inna kobieta opisywała, że czterolatek bronił się przed babcią (znowuż teściowa) gdy ta koniecznie chciała trzymać mu siusiaka gdy sikał.
Widząc, że dziecko nie akceptuje tego typu zachowań (bo matki z nimi tak nie robiły) one nadal powielały ten schemat. Na ile to był wyraz miłości z ich strony a na ile zaspokajanie się tego nie wiem. Mam tylko nadzieję, że te kobiety w porę zareagowały w obronie swych dzieci. 
Kilka lat temu była akcja Ewy Drzyzgi i "Rozmów w toku" Zły Dotyk. Już wtedy, nie mężatką nawet będąc, wiedziałam jak ważne jest uświadomienie dziecku jego stref intymnych i określenie kto może ich dotykać. 
Swojemu Synowi co jakiś czas przypominam kto może go np. umyć w intymnych miejscach. Mimo, że ma dwa lata mam nadzieję, że zapamięta. 
Matka to taki twór, który wiecznie się martwi. Ja dodatkowo jestem nieufna w kliku drażliwych kwestiach. Najbardziej w kwestii intymności swojego dziecka.
Nie wiem co bym zrobiła gdybym się dowiedziała, że ktokolwiek dotyka moje dziecko w sposób inny niż nakazują granice. Zapewne zerwałabym kontakt a wcześniej nawtykała. 
Dziecko skrzywdzić można na wiele sposobów, ale ten wydaje mi się najokrutniejszy. A wiecznie z dzieckiem nie da się być i za dzieckiem nie da się chodzić dlatego ważna jest nauka świadomości malucha- co komu wolno i w jakich sytuacjach. I wsłuchiwanie się we własne dziecko, bo może nie powiedzieć wprost ale między wierszami. 
Boję się jak cholera by ktoś nie skrzywdził mojego Skarba. Chronię go póki mogę i jest ze mną prawie non stop więc jestem spokojna. Ale wiem, że kiedyś pójdzie do przedszkola, szkoły więc staram się go teraz jak najwięcej nauczyć by zapamiętał i było mu łatwiej.

poniedziałek, 12 maja 2014

Białowieża

Wczoraj wybraliśmy się na wycieczkę do Białowieży bo ile można siedzieć w domu.
Nawet mój Mąż, który w niedzielę woli poleniuchować, przystał na ten pomysł.

Jadąc do Białowieży nie wiedziałam czego mogę się spodziewać bo nigdy tam nie byliśmy. Wiedziałam, że będzie pięknie ale nie spodziewałam się, że aż tak.
Jestem zauroczona Puszczą.

Najpierw odwiedziliśmy Rezerwat Pokazowy Żubrów.
bilet normalny- 9zł
bilet ulgowy- 5zł (dzieci do lat 4 za darmo)

Tu: nasze koniki polskie wywodzące się z wymarłych w XIX wieku Tarpanów




Tu: ryś (zza siatki, nie miałam odwagi dalej ręki wsadzać)

Tu: sarenki

 Gonitwy z sarną przy ogrodzeniu


Wprawne oko wypatrzy ciut większego kuzyna naszych milusińskich kotów- żbika

Żubroń- krzyżówka żubra z bydłem domowym. Lekko przerażający :-)

Król naszej Puszczy, symbol Podlasia- Żubr


Samica łosia- klępa, jak na damę przystało podeszła, postała do fotki i odeszła z godnością

Poobiednia sjesta lochy i warchlaczków. Cudne pasiaki :-)


Mała sarna

Potem odwiedziliśmy Szlak Dębów Królewskich. Kolosy 300-400 letnie, najszerszy okaz ma ponad 540 cm obwodu!
bilet normalny- 6 zł
bilet ulgowy- 3zł (Syn wszedł za darmo)



Taaka dziura w ogromnym dębie. O dziwo jeszcze żywym.






Się królowa nabiegała za żubrami :)



Potem zajechaliśmy na obiad do Białowieży bo wszyscy zgłodnieli po takim spacerze.
Miałam ochotę na dziczyznę ale niestety ceny mnie powaliły...niestety jeszcze nie na naszą kieszeń takie rarytasy. Po obiedzie poszliśmy do parku. Jest tam Muzeum Przyrodniczo- Leśne, które ze względu na Syna sobie darowaliśmy bo nie spał i wolałam nie ryzykować płaczu. Muzeum zostawiliśmy sobie na następny raz.
 

Śliczny Dworek Gubernatora. Obecnie to siedziba Ośrodka Edukacji Przyrodniczej Białowieskiego Parku Narodowego.






Droga do Muzeum, Muzeum i jego otoczenie.






Nasze zdobycze- maskotka żubra (nasza rodzinna tradycja- z każdej wyprawy przywozimy pluszaka dla Syna, mamy już foczkę znad morza, smoka z Krakowa a teraz dołączył żubr) i miód (6 małych słoiczków każdy z innym smakiem, każdy niepowtarzalny i pyszny).


Zobaczyliśmy tylko ułamek atrakcji, musimy tam wrócić bo Białowieża jest miejscem pięknym i niepowtarzalnym. Najpiękniejszy jest sama puszcza, w której nie widać ingerencji człowieka- powalone drzewa pokryte mchem, świergot ptaków- po prostu bajka :-)
Miejsce polecam każdemu.
Syn też zachwycony- szczególnie zwierzętami, które były tylko za siatką. Zmęczony zasnął w drodze powrotnej do samochodu, nie obudził się nawet gdy Mąż przekładał go do fotelika, wstał dopiero pod domem.

poniedziałek, 5 maja 2014

Pamiętnik matki

Długo mnie tu nie było bo czytam namiętnie książki.
Do tego stopnia, że zaniedbuję czasem obowiązki domowe i zarywam noce.
Byłam ostatnio w bibliotece i jak to bywa przy ruchliwym dwulatku za wiele czasu na decyzję i wybór nie mam. Szukałam wśród literatury polskiej i wpadła mi w rękę książka Marcjanny Fornalskiej "Pamiętnik matki". Pomyślałam, że warto poznać inny punkt widzenia i wychowania ale takiej treści się nie spodziewałam...
Autorka pochodziła z biednej rodziny chłopskiej, była analfabetką i samoukiem. Sama nauczyła się czytać, pisać nie umiała nigdy, dopiero na starość nauczyła się obsługiwać maszynę do pisania. Jej losem można by było obdzielić z 20 ludzi bo nie był to łatwy los...
Zawsze chciała się uczyć, ale w latach, których przyszło jej się urodzić (1870 rok) w rodzinie chłopskiej nikt nie myślał o edukacji dzieci. W wieku 17 lat została wydana za mąż a ona postanowiła sobie, że bez względu na wszystko jej dzieci będą się uczyły. 
Dzieci miała sześcioro a ona zadłużając się z mężem u kogo się dało wyedukowała je wszystkie.
Nie miała stabilności finansowej a mimo wszystko udało jej się spełnić swoje marzenie, nauka w tych czasach była płatna i przekraczała możliwości finansowe większości społeczeństwa
(o jakże często dzisiejsza młodzież nie docenia możliwości powszechnej i bezpłatnej nauki!)

Wspomnienia spisane w tej książce, dedykowane jedynej wnuczce, pokazują bez upiększeń tamtejszą rzeczywistość. Dwie wojny, wyjazd do Rosji, powrót do kraju i znów wyjazd do ZSRR z powodów politycznych, dopiero na starość udało jej się wrócić do Polski. 
Głód, bieda wręcz nędza, wieczny niedostatek, mieszkanie w warunkach urągających wszelkim zasadom higieny, zostawianie małych dzieci w domu by móc iść zarobić parę groszy na chleb, podarte ubrania i buty- to była ich codzienność. 
Mnie jako matkę, najbardziej dotknęło to, że dzieci często niedojadały, głodowały. Większą część diety stanowił chleb z wodą, czasem udało jej się kupić ziemniaki i ugotować kartoflankę. Serce mnie bolało jak o tym czytałam.
Owszem babcia opowiadała o wojnie, o tamtych niełatwych czasach ale dopiero ta książka tak dotkliwie mi uświadomiła o okropnościach, jakich doświadczali ludzie, o głodzie i biedzie. 
Marcjanna Fornalska straciła pięcioro z sześciorga swych dzieci, wychowała swą wnuczkę bo jej matka była w więzieniu i nigdy nie zaznała dobrobytu (może na koniec swego długiego życia ale o tym książka milczy...). 
Nie wyobrażam sobie bólu matki, której nie było stać na jedzenie i ubranie swoich dzieci a potem matki, która dowiaduje się, że pięcioro dzieci ginie z powodów politycznych. 

Żyłyśmy i żyjemy w tak różnych czasach- moje jest przy życiu autorki wręcz sielskie, ale wszystkie matki są podobne do siebie. W czym? W ogromie miłości do dzieci, w dążeniu do tego, by dzieciom żyło się lepiej, w zdolności do poświęcenia swojego życia dzieciom (wbrew nowym trendom by matki miały swoje pasje i nie poświęcały się bez reszty dzieciom). Taka była moja pierwsza refleksja. Że pomimo różnic w wychowaniu, czasów, w których żyjemy, różnic geograficznych wszystkie w zasadzie jesteśmy takie same- najważniejsze jest dobro dziecka. 
 

Książka, choć napisana łatwym językiem, nie jest lekturą łatwą i przyjemną ale wartą przeczytania. Skłaniam się też ku temu by była obowiązkowa jako lektura szkolna by ten młody człowiek miał szansę poznać inne realia i docenił to, co ma.

Powtórzę za autorką, która po ostatecznym  powrocie do Polski powiedziała "żadnej wojny...nigdy".
Niech to będzie puenta i zachęta do przeczytania.

środa, 9 kwietnia 2014

Doceniona

O tym, że praca w domu to ciężka harówa wie każda kobieta.
Zwyczajowe mówienie, że kobieta "siedzi w domu" jest krzywdzące bo obowiązki domowe potrafią przytłoczyć. Praca w domu to etat bez ustalonych godzin pracy, dyżur całodobowy bez weekendów i dni wolnych. 
Plusem jest fakt, że można w miarę dowolnie dysponować czasem i decydować kiedy i jak wszystko zrobimy. Minusem są to, jak wspomniałam wyżej, całodobowe dyżury. Owszem zdarzają się dni luźniejsze kiedy jest mniej roboty ale bywają i takie, że jest się zawalonym po uszy robotą i do tego dziecko domaga się uwagi a mąż wieczorem wiadomo czego...

A faceci często nie zdają sobie sprawy z tego i myślą, że "siedzenie w domu" polega na piciu kawki, czytaniu książek, ugotowaniu obiadu i doglądnięcia potomstwa. 
Dlatego bardzo miło mi się zrobiło gdy usłyszałam jak mój Mąż tłumaczył Synowi, że musi jechać do pracy a mama (czyli ja) pracuje w domu. 
To chyba najlepszy komplement, który usłyszałam od dawna. Bo nic tak nie motywuje jak docenienie przez bliską osobę. 

PS. u nas już mocno wiosennie, więc sporo czasu spędzamy na podwórku. Warzywka w inspekcie już wyłażą z ziemi więc lada chwila będę mieć swoją m.in. sałatę, rzodkiewkę, szczypiorek, bazylię. 
Syn po bieganiu po podwórku ma taki apetyt, że jadłby za dwóch :-)